Anno Domini 2005
Kilka dni temu 12 Legion nieumarłych - szwadron dusz chaotycznych( czyli duchy istot o chaotycznej naturze), został wysłany w celach taktyczno-zwiadowczych na świętą ziemię. Po niespełna 6 godzinach, wysłali wiadomość.
-To zasadzka. prawie 3000 zjaw poddano egzorcyzmom... Pomocy!!
Nasza władczyni Moris, zadecydowała.
-14 Legion pod dowódctwem Cross'a, macie natychmiast udać się na świętą ziemie. Cross, licze że sprowadzisz tu generała Nimbusa.
-Oczywiście moja pani. Zgodnie z rozkazem.-odpowiedziałem.
Wyruszyłem na wojne. Miałem pod komendą 1k Lichów, 3k Dark Crusaderów i 2k piechoty. Gdy doszliśmy. Już wiedziałem. To nie będzie łatwa bitwa. stałem u wylotu z wąwozu, na wprost rozciągała się kotlina. Szczyty aż do nieba, które spłyneło rzeką krwi. 12 legion wciąż walczył. Przeciwko nam było 10k aniołów w tym 2k archaniołów. 2k templariuszy i 3k Valkirii. No właśnie, Valkirii. Są to wskrzeszeni wojownicy o nieskazitelnej duszy, dosiadający skrzydlatych rumaków.
I zaczeło się.
Wszystko działo sie szybko. Bardzo szybko. Anioły uderzyły błyskawicznie. Biały potok lał się z nieba. Szczęk broni. Krzyki. I wszech panująca furia. W jednej chwili poległo pięciuset Crusaderów. Robiłem wszystko co było w mojej mocy.
-Lichy! Morowe powietrze! Ci któży stajecie przeciwko mnie, bądźcie przekleci. Oto moja klątwa... BIONECROSIS!!!!
(Jest to okrutna. Jedna z najokrutniejszych. Klątwa. Prowadzi ona do obumierania tkanek, a towarzyszy temu niewiarygodny wręcz ból.) I pole bitwy przeszył ryk. Te święte istoty, około tysiąca. Wszystkie w agonii padły na kolana. Oślepiający błysk. Huk. I słup dymu. To był Uriel, władca aniołów. Widząc męke poddanych wysadził w powietrze część kotliny. Przy okazji niszcząc moich wojowników. Tymczasem Templariusze wycinali w pień moją piechotę. Nie miałem szans. Wysłałem proźbe o pomoc do Sandra, dowódcy 1 legionu, oraz do starego przyjaciela. Był, i jest nim nadal, Trigger. Panował on nad demonami chaosu. Nie wiedziałem czy wiadomości do nich doszły. Moją uwagę odwrucił huk z prawej strony. To valkirie. Zaatakowały Lichów. Zdezorientowany, nie wiedziałem co robić. Aż tu nagle. Świst. Trzask. I moja lewa ręka głucho padła na ziemię. To templariusze, było ich siedmiu. 'Mają mnie' -pomyślałem. Ale nie poddam sie! Dobyłem mego miecza, Złodzieja Dusz. I zaatakowałem ich. Bez ręki nie potrafiłem zachować równowagi. Ale każdy celny cios złodziejem przedłużał moją egzystęcje. W moja strone leciały 3 ostrza. Unik. Kolejne 2. nastepny unik, cios i znów unik. Pierwszy oberwał. Złodziej dusz jak sama nazwa mówi kradnie dusze. Nie wiem jakie to uczucie, ale patrząc na grymas zranionego nie sądze żeby było to przyjemne doznanie. Otoczylli mnie. 1 wymierzył cios nisko, drugi wysoko, a trzeci wyprowadził pchnięcie. Odskoczyłem, przeciołem pierwszemu twarz. drugi tylko musnoł mnie po grzbiecie. Trzeci pchnoł mnie pod żebra. Przyjołem cios abym mógł go pozbawić głowy. Zostało 4. A ja byłem coraz słabszy. Musiałem zadawac więcej ciosów. Złodziej dawał mi wtedy siłę. Wśród ryku bitwy usłyszałem świst. I o rycerza rozbiła się chmura gazu. Widocznie jakiś lich zobaczył co tu sie dzieje. Gaz omiótł i drugiego rycerza. Obaj z toczącą sie z ust pianą padli na wznak. niespodziewanie ci 2 co zostali, zaatakowali. Dwa ostrza wbiły mi się w pierś. Wykorzystałem okazje i poderżnołem im gardła. Padli martwi. Ja również nie utrzymałem się na nogach. Leżałem niezdolny do walki, gen. Nimbus napewno poległ, oddziały niemal zdziesiątkowane... Stanoł nade mną anioł.
-Twój czas nadszedł, o potę

iony.- rzekł
-Oto przeznaczenie ciemności...
C.D.N.